U nas na budowie

Według danych Construction Safety Campaign, liczba ofiar śmiertelnych wśród pracowników budowlanych w Wielkiej Brytanii sięga 100 rocznie, w samym Lonynie jest ich około 29.

Bóg jeden raczy wiedzieć ilu Polaków pracuje w brytyjskim przemyśle budowlanym. Londyn porównywany jest do wielkiej, nigdy nie nieustającej budowy gdzie 80 % domów nadaje sie do remontu. Oznacza to, że pracy nie zabraknie, bo w najbliższym czasie trzeba będzie wyremontować około miliona "properties". Dla budowlańców Londyn jest wymarzonym miejscem by żyć i zarabiać pieniądze. Polacy są tu cenionymi fachowcami. Są szybcy i tani, nie dbają o ośmiogodzinny dzień pracy, zgadzają się na nocne zmiany i nie potrzebują przerwy na "lunch". Zajęci zarabianiem pieniędzy nie zastanawiają się czy miejsce, w którym pracują jest bezpieczne.

Wypadki

Andrzej przez 6 miesięcy pracował przy jednej z większych londyńskich inwestycji, budowie centrum biznesowego Canary Wharf. Twierdzi, że najbardziej niebezpieczne są duże budowy.

- Na Canary Wharf pracuje około 8 tys. ludzi, zatrudnionych jest 140 firm podwykonawczych, mówi Andrzej. - Nie sposób utrzymać wszystkiego w porządku. Pracowałem tam przez 6 miesięcy i muszę przyznać, że wypadki zdarzały się średnio co drugi dzień. Najczęściej robotnicy spadali z wysokości, czasem kogoś przygniotła maszyna, komuś urwało palec, rękę czy nogę.

Wypadki bardzo często zdarzają się z powodu złego systemu zabezpieczeń. Tak też było w przypadku Andrzeja. Pracując przy wykończeniu dachu spadł ze źle zamontowanego rusztowania. - Pracowałem na drugim piętrze przy krawędzi budynku, której zabezpieczeniem jest "scaffolding" z deskami umieszczonymi na kilku jego poziomach, mówi Andrzej. Deski powinny być przymocowane w dwóch lub trzech miejscach do rurek, z których zbudowane jest zabezpieczenie krawędzi. W czasie pracy oparłem jedną z nóg o deskę, która będąc żle przymocowana nie utrzymała mojej wagi. Skutkiem tego był upadek na betonową wylewkę dwa piętra niżej. W wyniku wypadku Andrzej doznał złamania kości jarzmowej, biodra i lewego nadgarstka. Do tego doszedł wstrząs mózgu, stłuczenia twarzy, pleców i wybite zęby. Choć wypadek zdarzył się dwa lata temu, Andrzej do dziś ma problemy z pamięcią. Po trzech miesiącach rekonwalescencji wrócił na budowę. Mówi, że nie miał innego wyjścia, to jedyna praca, którą może tu wykonywać. Dziś znów pracuje przy budowie Canary Wharf.

Śmierć

Basia nie kocha Londynu, bo jak można kochać miasto, do którego przyjechało się po to, aby poznać przyczyny śmierci męża. Na decyzję Koronera Basia czekała ponad rok. Jej mąż, Krzysztof pracował w małej, prywatnej firmie zajmującej się remontami domów. Barbara została powiadomiona, że mąż spadł z rusztowania po uderzeniu spadającą z dachu cegłą. Sądziła, że był to tragiczny wypadek, w którym trudno szukać winnego. Krzysztof pomimo przeprowadzonej trepanacji czaszki zmarł dwa dni po wypadku na skutek urazu czaszkowo - mózgowego. W Polsce zostawił trójkę małych dzieci. Przez ponad rok prokurator badał przyczyny śmierci Krzysztofa, większość świadków wyjechała do Polski, łącznie z właścicielem firmy, w której pracował Krzysztof. Wreszcie, pod koniec lutego 2003 roku po przesłuchaniu większości świadków angielska ława przysięgłych zdecydowa3a, że przyczyną śmierci Krzysztofa nie była cegła, lecz źle zamontowane i nie zabezpieczone rusztowanie. Podczas przeprowadzonego dochodzenia ustalono, że gotowe rusztowanie, wbrew wszelkim przepisom BHP, zostało przeniesione z budowy obok. Brakowało w nim desek i poprzecznych rur podtrzymujących konstrukcję rusztowania. Sprawa ciągnęła się przez ponad rok, mówi Basia. Przez ten czas nie mogłam nawet starać się o rentę dla dzieci, ponieważ Koroner bez podania przyczyny śmierci nie mógł wydać mi aktu zgonu. W polskich urzędach przez ten cały czas Krzysztof pozostawał przy życiu, dla urzędników tymczasowy akt zgonu nie miał żadnego znaczenia. Dopiero po interwencji jednej z polskich komercyjnych stacji telewizyjnych udało się Basi załatwić sprawę renty dla dzieci w trybie wyjątkowym. Przez rok czasu ona i jej dzieci pozostawali bez środków do życia. Dopiero dzisiaj, podczas ostatecznego przesłuchania świadków w obecności ławy przysięgłych dowiedziałam się, że ktoś próbował zatuszować prawdziwą przyczynę śmierci mojego męża. W nocy, po wypadku teren budowy zosta3 oczyszczony a "scaffolding" uzupełniony o brakujące elementy. Teraz wiem, że mąż zmarł, ponieważ na budowie nie przestrzegano przepisów BHP.

Liczby

Wypadki na londyńskich placach budowy zdarzają się codziennie. Trudno doliczyć się ilu Polaków bierze w nich udział, ponieważ nikt nie prowadzi takiej ewidencji. Wielu z poszkodowanych, po wypadku chce jak najszybciej wrócić do kraju. Trudno im jednak zapomnieć. Bartosz spadł z wysokości 5,5 metra na plecy, przygnieciony został młotem pneumatycznym. Złamał kręgosłup, przez kilka miesięcy nosił gorset, wrócił do Polski. Szymon pracował przy poważnej angielskiej budowie w zachodnim Londynie. Klęcząc zajmował się czyszczeniem narzędzi pracy. Z tyłu po jego nogach przejechał dźwig. Maszyna zmiażdżyła mu obie nogi. Przez 11 dni walczył o życie na oddziale intensywnej terapii, w szpitalu spędził sześć tygodni. Przeszedł 13 operacji. Do końca życia będzie kaleką. Wyjechał do Polski, nie jest już w stanie pracować. Londyn do końca życia będzie mu się kojarzył z miejscem, które mu złamało przyszłość.

Ze względu na ogromną ilość wypadków przy pracy na angielskich budowach, 14 lat temu stworzono organizację "Construction Safety Campaign" , która zajmuje się pomocą dla rodzin ofiar wypadków.

Wed3ug jej danych, liczba ofiar śmiertelnych sięga 100 rocznie (w samym Londynie około 29). Członkowie organizacji starają się, aby powstał rejestr firm, w których często dochodziło do wypadków. Podkreślają, że najczęstszą przyczyną tragedii jest fatalny stan BHP oraz ... brak znajomości języka angielskiego.

"Construction Safety Campaign"
C.S.C. Relative Support Group
C/o I.D.Mideson
02072674519

Anna Machowska

Goniec Polski 18 marca 2003 r.